RĘKODZIEŁO
Z POLSKI

Kategorie

Nawia - Magia srebrnej biżuterii

12.06.2018

Czytaliście Alchemika? Są ludzie, którzy muszą przejść pół świata, żeby dowiedzieć się, że skarb leżał zawsze tuż pod ich nosem. Podobnie było ze mną. Od małego lubiłam majsterkować, piłować, przykręcać, walić młotkiem. I wiecie co słyszałam? „To nie dla dziewczynek”...

... albo jeszcze lepsze: „miałaś chyba urodzić się chłopcem” i było mi smutno - ja wcale nie chciałam być chłopcem!!! Więc robiłam dziewczyńskie rzeczy przez wiele, wiele lat, aż nastąpiła katastrofa. Bo jeśli człowiek spełnia cudze marzenia, zawsze w końcu przychodzi katastrofa. I jak już cały świat zaczął walić się na moją głowę - pomyślałam: pójdę tam, gdzie mnie dusza pociągnie. I zapisałam się na kurs złotnictwa.

Nigdy nie zapomnę pierwszych zajęć z lutowania - to była magia w czystej postaci. Lut się roztopił i popłynął dokładnie tam, gdzie trzeba - skąd on wiedział, gdzie ja chciałam, żeby płynął? Tak naprawdę to nawet nie potrafię opisać tego, co wtedy wydarzyło się w moim sercu. Wpadłam, wsiąkłam i przepadłam :). Oczywiście później zorientowałam się, że jednak nie zawsze płynie tam, gdzie chcę, więc tym bardziej uznałam to za znak od losu :). Trzy lata uczyłam się pod okiem specjalistów i wiecie co? Jak kończyłam kurs, to miałam wrażenie, że dopiero teraz powinnam zaczynać naukę, bo tak mało wiem. Złotnictwo stało się moim życiem, bo pasja to zbyt małe słowo. Poświęcałam mu każdą wolną chwilę. Tak powstała „Nawia”. Nazwa ta nie jest przypadkowa i wybrałam ją z pełną świadomością, mimo, iż ostrzegano mnie, że może się źle kojarzyć, ale...

 

Nawia to wg dawnych słowiańskich wierzeń duch - niby zły - który pojawiając się pod postacią ptaka (stąd moja urocza sówka :)) zabiera człowieka do krainy, w której rządzi Weles - bóg magii, sztuki, RZEMIOSŁA i bogactwa - bum! - jak w życiu, coś co wydawało się dla mnie złe (mój prywatny koniec wszystkiego) przeniosło mnie do świata, w którym realizuję się przez rzemiosło i jestem szczęśliwa! Zamiast uciekać z krzykiem przed strasznym ptaszyskiem, po prostu złapałam go za nogi i powiedziałam: ciekawe, dokąd mnie zaniesiesz? Nawia początkowo była tylko funpage’em na facebooku, ale im więcej dostawałam wiadomości, że ktoś chętnie by coś kupił, tym częściej myślałam o założeniu firmy. W końcu jaki pożytek z biżuterii, gdy leży w szufladzie złotnika?

 

W międzyczasie przypomniałam sobie, że kiedyś dawno, dawno temu byłam w domu kultury na spotkaniu z pewnym człowiekiem, który „leczył” przy pomocy energii - takiej zawartej w ludziach, w roślinach, kamieniach. Niewiele z tego pamiętałam, ale wiedziałam, że robiłam wtedy notatki. Przetrząsnęłam wszystko i je odnalazłam - były liche, ale ciekawe. Zainteresowałam się tzw. mocą natury - czyli wpływem drzew i kamieni na człowieka. Tak powstała seria moich bransoletek - Nawietek, składających się z naturalnych kamieni i paciorków wykonanych z konkretnego rodzaju drewna, które mają wspomagać deficytowe sfery życia człowieka. Tak, tak :) - możecie wierzyć w to lub nie, ale jeśli nie wierzycie, to na 100% nie zadziała :).

 

Jednak nie w każdej pracy wykorzystuję kamienie naturalne, często ulegam urodzie świecidełek stworzonych rękami człowieka - uwielbiam cyrkonie z ich głębokim blaskiem, albo Noc Kairu, który lśni jak nocne niebo pełne gwiazd. Zresztą w większości przypadków, moja praca zaczyna się właśnie od kamienia i jeśli akurat jest to piękne szkiełko, to ja już nic na to nie poradzę :). Bo muszę się przyznać - czasem mam wrażenie, że moja biżuteria żyje własnym życiem. Pojawia się kamień albo jakiś kształt w mojej głowie iiii.... dopiero się zaczyna :). Projektowanie zajmuje mi najwięcej czasu i to jest to, co w zasadzie klient dostaje ode mnie w gratisie - robię to w wolnym czasie, a tak naprawdę ciągle: jak czytam, oglądam, jem, robię zakupy, zawsze. Zawsze mam przy sobie notes, w którym bazgrolę wstępne pomysły lub poprawiam niezadowalające. Mówię, że daję to w gratisie, bo nie wiem, jak wyliczyć czas potrzebny do sprecyzowania pomysłu. Czasem jest to tylko kwestia przeniesienia na papier, a czasem „męczy” mnie on tygodniami. Nie siadam przed szkicownikiem od ósmej do szesnastej, jak projektanci w dużych firmach i nikt mi za takie siedzenie nie zapłaci. A projekt to dopiero początek mojej pracy.

 

Potem muszę znaleźć sposób by go zrealizować. Niektóre prace są proste, łatwe i przyjemne. Wszystko układa się jak należy, tak jakby dany egzemplarz sam już chciał zawisnąć na czyjejś szyi czy uchu, jakby mu wręcz było do tego spieszno. Wtedy po kilku ładnych godzinach, podczas których walcuję, piłuję, lutuję, znów piłuję i znów lutuję :), a potem oksyduję i poleruję srebro, powstaje małe cudo, które cieszy nie tylko mnie, ale przede wszystkim nową właścicielkę :). Ale są też takie okazy, które sprawiają problemy. Na kartce wyglądają idealnie, ale podczas pracy ciągle coś mi mieszają, jakby same lepiej wiedziały, jak chcą wyglądać... Więc walczę dzielnie, tu ustąpię, tam się uprę i choć zajmuje mi to wiele, wiele godzin, doprowadzam każdą jedną sztukę do takiej formy jaką możecie oglądać w sklepiku. Chociaż nie, nie każdą. Są takie prace, które odpuszczam. Mocno wierzę, że tylko rzecz zrobiona w spokoju i w dobrych emocjach może przynieść innym radość. Jeśli coś ewidentnie nie chce powstać i wywołuje we mnie niechęć, to bach, ląduje w tygielku i zostaje przetopione.

 

Nie chcę rozsiewać złych wibracji :). Możecie mieć pewność, że każda, ale to każda praca, którą Wam oferuję powstała w atmosferze spełnienia i satysfakcji. Bo satysfakcja to uczucie, które stale mi towarzyszy w mojej pracowni, inaczej nie zniosłabym tego bałaganu, drażniących zapachów chemikaliów, wszędobylskiego pyłu, że nie wspomnę już o tym jak wyglądam w trakcie polerowania - to nie jest czysta praca :). Z uśmiechem witam zdziwione twarze kurierów, którzy widzą poważną, dorosłą kobietę wyglądającą jakby właśnie wyczołgała się ze starej piwnicy :). Tak, to praca pełna poświęceń, pociętych palców, spiłowanych paznokci, wypalonych dziur (i to nie tylko w ubraniu). Dlatego zawsze się cieszę jak widzę błysk w oku klientki i dlatego też nigdy nie negocjuję cen. Moje prace wyceniam rzetelnie i nigdy nie dokładam zapasu na zrobienie promocji. Uważam, że prawdziwie ręcznie robiona biżuteria jest jak amulet - stworzona dla jednej wyjątkowej osoby i albo tę osobę odnajdzie albo nie. A jeśli ktoś czeka na promocję to znaczy, że wcale do niej nie „pasuje”. Z każdą unikatową rzeczą tak jest: albo pragnę to mieć i to zdobywam, albo nie jest mi pisana. A ja nie jestem „sieciówką”, która musi pozbyć się starej kolekcji, nie muszę robić wyprzedaży. Każdą rzecz mogę przetopić i zrobić coś nowego, zapewne ładniejszego, bo cały czas mam nadzieję się uczyć, rozwijać i robić biżuterię coraz piękniejszą. Biżuterię inspirowaną baśniami, naturą i piękną muzyką :). I jeśli akurat szukasz dla siebie lub dla kogoś wyjątkowego, takiego unikatowego amuletu to zajrzyj do mojego sklepiku, może właśnie czeka tam na Ciebie :).

Joanna Kuczewska

 

Nawia

 


 Odwiedź sklep Artystki:

Nawia

Wybrane produkty Nawia:


Elena Szyriajewa

(dodano: 12.06.2018)

Witam! Jestem bardzo zaskoczona tym co robisz Joasia. Piękny ekskurs w twój świat, przepiękne wyroby. Życzę Tobie natchnienia, marzeń i sukcesów w tym co robisz.

Zapisz się aby otrzymać informacje o promocjach oraz nowościach.

Gdzie sprzedawać rękodzieło w internecie?
  • Używamy cookies. Uzyskujemy do nich dostęp w celach statystycznych, marketingowych (remarketing) oraz zapewnienia prawidłowego działania strony. Możesz określić w przeglądarce warunki przechowywania cookies i dostępu do nich. Szczegóły znajdziesz w regulaminie serwisu.
  • Zamknij